To było prawdziwe, nieokiełznane szaleństwo. Hazard na całego. Wyjechaliśmy na wycieczkę do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ze względu na swój status społeczny i majętne konto w banku z wizą nie mieliśmy żadnych kłopotów. Podróżowaliśmy po całym kraju zwiedzając najciekawsze jego zakątki. Po dwóch tygodniach wycieczek po miastach i miasteczkach wylądowaliśmy w szalonym Las Vegas. Na pustyni oczywiście nie ma nic do oglądania, więc czym prędzej udaliśmy się do kasyna. Nie jednego, jak się później okazało. Szalona noc dała o sobie znać dopiero nad ranem.
Ale to normalne, przy dobrej zabawie, alkoholu i hazardzie. Trudno było nam się zdecydować na noc w jakimś jednym kasynie, więc wędrowaliśmy od jednego do drugiego w każdym szukając szczęścia i pieniędzy. Nie wiem już, w którym z nich postanowiłam kręcić ruletką. Ku mojemu zdziwieniu wygrałam. Potem znowu. Diabeł mnie kusiłby zagrać jeszcze raz, ale rozsądek kazał zaprzestać na dwóch wygranych, niby mówi się, że do trzech razy sztuka, ale wolałam nie ryzykować. Tych kilka tysięcy to i tak było nad to. Baliśmy się prawnych konsekwencji z powodu wygranej i postanowiliśmy wszystkie pieniądze od razu przeznaczyć na dobrą zabawę i dalsze podróżowanie.
Zaczęliśmy od pomysłu o szybkim ślubie. Potem była noc poślubna w apartamencie drogiego hotelu a nad ranem, a w zasadzie grupo po południu wyruszyliśmy dalej na dziki zachód. Vegas okazało się być najwspanialszym miastem pod słońcem. W przyszłym roku też tu wrócimy. Tym razem w trójkę.








































